Florian Liegl – Trondheim, tam wszystko się zaczęło

Gdy za kilkanaście dni wszyscy będą cieszyć się świętami Bożego Narodzenia i Sylwestrem, Florian prawdopodobnie będzie przygotowywał się i brał udział w Turnieju Czterech Skoczni. Ale być może 20-latek z Tyrolu, który krótko przed inauguracją Pucharu Świata przeprowadził się do Götzens, znajdzie minutę, żeby podsumować swój osobisty bilans tego szalonego roku.

Właściwie ta historia miała swój początek dokładnie przed rokiem w Trondheim. Wtedy po raz pierwszy Florian Liegl wystartował w zawodach Pucharu Świata i już na treningach zrobił furorę. Szkoleniowcy różnych reprezentacji przecierali oczy ze zdumienia, gdy Liegl prezentował świetną technikę i lądował daleko przed większością konkurencji. „Kto to jest?”, można było usłyszeć na trenerskiej wieży. Trzy tygodnie później już każdy znał jego nazwisko.
W lutym był najlepszy w zawodach na skoczni Kulm, zwyciężając przed 3000 publicznością. W klasyfikacji Pucharu Świata uplasował się na piątym miejscu, przy okazji zdobywając w sezonie sporą ilość pieniędzy, „tyle ile inni zarabiają przez
pół życia”. (We wcześniejszym sezonie Liegl startował jako przedskoczek na skoczni Bergisel z przyczepioną do hełmu kamerą. Dzięki temu zarobił 100 euro i niesamowicie był z tego zadowolony). W lecie podpisał kontrakty ze sponsorami, ale świadomie poszedł inną drogą niż większość grupy: nie było słodkawo, ale słono, żadnego VW czy Audi, ale azjatyckie cztery kółka. A teraz znów zaczyna sezon…

„Wiele się zmieniło w moim życiu”, mówi sam Liegl. Zmiany wpływają korzystnie na jego życie, bez nich życie byłoby po prostu dla niego o wiele bardziej nudne. Austriak urodził się z wcięciem środkowej rynienki wargi górnej, czyli z tak zwaną „zajęczą wargą”, która musiała zostać usunięta operacyjnie. Swoje dzieciństwo, młodość spędził w Innsbrucku, w mieście, i z dziadkami ze strony matki w zagrodzie w Kärnten, na wsi. Jego rodzice Gabriele i Günther nie są bogaci, ale nie są także ubodzy. Chłopak w szkole wyróżniał się pod względem sportowym – uprawiał lekką atletykę, grał w piłkę nożną – ale ze względu na swoją leniwość, określał siebie jako „ekstremalną fujarę” (cytat Liegla). „Wałęsał” się na deskorolce, często wdając się w bijatyki na ulicach. W Seefeld rozpoczął przygodę ze skokami narciarskimi, ponieważ jak wielu innych, odnalazł w tym przyjemność. Jako dwunastolatek interesował się już dziewczynami, a w wieku 15-lat miał już za sobą pierwsze doświadczenia z alkoholem.

Zwrot nadszedł w momencie, gdy Liegl rozpoczął naukę w gimnazjum narciarskim w Stams, gdzie szybko zaczął należeć do grona najlepszych skoczków-uczniów w Austrii. „Wtedy Florian Liegl nauczył się, jak to jest, kiedy sukces przerasta cię”, mówi sportowiec, który zachowywał się jak gwiazda i uważał, że jeśli zwycięstwo nie nadejdzie, pozostaje się normalnym człowiekiem. Jeszcze na mistrzostwach świata juniorów wywalczył medal, ale później zaczął szybko rosnąć: stawał się coraz większy, coraz cięższy i coraz gorszy. W roku swojej matury był tak bardzo daleko od krajowej czołówki, że niektórzy radzili mu: „rzuć to, to nie ma już sensu.” Liegl zdawał maturę – i rzucił to, ale na dokładnie trzy tygodnie. Zrobił to, co chciał i zadecydował: „spróbuję jeszcze raz.” To było na wiosnę 2002 roku. Dla pewności Tyrolczyk zdał na uniwersytet, na kierunek zarządzania sportowego.

Reszta jest znana. Florian Liegl jest jednym z najmłodszych zawodników narciarskiej sceny. Jedyny, który niechętnie chce być porównywany z innymi. Andreas Goldberger był jego idolem w młodości. Teraz nie ma swojego wzoru do naśladowania, ale też go nie potrzebuje. Liegl powołuje się na swoje doświadczenie i mówi, że w pierwszych 20 latach swojego życia widział i poznał więcej niż inni. „Mam kontakty do osób ze wszystkich warstw, do wspaniałych sportowców, do pracowników, do odbiorców pomocy socjalnej, do narkomanów. Wiem, co się dzieje w mieście, co na wsi, jakie problemy mają robotnicy i co trapi sportowców.”

Liegl wspiął się do kategorii VIP-ów, jest wybitną postacią, półbogiem (choć to zależy od punktu widzenia). „Nie potrzebuję takiego sposobu uznania, wiem, że nie jestem żadną gwiazdą, ale całkiem normalnym człowiekiem. Chętnie zadaje się z dziewczynami na zeskoku, jak i z wybitnymi osobistościami przy wszystkich możliwych okazjach. I wiem, ile warty jest mój sukces na świecie: jeśli w Chinach przewraca się słynny kolarz, nas w Europie to mało interesuje. A jeśli pan Liegl wygrywa ważne zawody Pucharu Świata, rolnikowi w Afganistanie jest to również obojętne, bowiem ma on inne zmartwienia.”

Liegl potrafi rozróżnić dobre rzeczy od złych. On doskonale zdaje sobie sprawę, że do kłótni potrzeba zawsze dwóch osób.
Na nerwy działa mu tytułowanie Stanów Zjednoczonych jako obrońcy narodów. „Jak to może być, że najbogatszy kraj świata, który każdemu może zajrzeć, gdzie tylko chce, nie schwytał Bin Ladena i Husseina?”

Liegl szczególnie lubi słuchać alternatywnego rocka (Metallica, Nadasurf, Jack Johnson) i czytać Hermanna Hesse. Najbardziej lubi rozmawiać ze swoją dziewczyną Marią, którą zobaczył pierwszy raz przed dwoma laty i zdobył jej względy w tym roku, krótko po Wielkanocy. Ona przeprowadziła się z nim do Götzens, nie dlatego, że on na to nalegał. Decyzję o wspólnym zamieszkaniu pozostawił jej. „Jest mi wszystko jedno, czy on jest skoczkiem narciarskim, czy nie. Skoki narciarskie właściwie nigdy mnie nie interesowały, uważałam tę dyscyplinę za nudną”, mówi Maria. „Lubię go, ponieważ on potrafi słuchać, ponieważ ma otwarte oczy na drobnostki, ponieważ jest taktowny”.

Na Letnim-Grand-Prix Maria była pierwszy raz – na skoczni Bergisel – gdzie jej siostra Greta i kilka innych osób tragicznie zginęło podczas zawodów Air & Style snowboardzistów.
Na stadionie Bergisel wybuchła panika, ludzie rzucili się do wyjścia i kilku z nich zostało zadeptanych. Maria jest religijna, w każdą niedzielę chodzi na mszę, znajdując oparcie w takich wartościach jak wiara, przyjaźń i rodzina. Florian Liegl jest również religijny, choć jego wizyty w kościele są mocno ograniczone: „Wierzę w Boga, dlatego nie potrzebuję chodzić na msze”.
Maria i on zapowiadają się na idealną parę, wzajemnie sobie ufając, nawet jeśli Liegl otrzymuje dziennie do 30 listów dziennie od fanek z Polski, Niemiec, Szwajcarii oraz, co się rozumie samo przez siebie, z Austrii. Jeśli on jest w podróży, ona zajmuje się pracą sprzedawczyni w sklepie z artykułami sportowymi w Innsbrucku i urządzaniem ich wspólnego mieszkania. „Chcę raz na żywo zobaczyć skoki w tym sezonie”, mówi Maria, „zawody będę obserwować głównie u jego rodziny.” Z rodzicami Gabriele i Güntherem, braćmi Christophem i Josefem, który jest prezydentem fan-klubu Liegla.

Żyj dniem!, mówi filozofia Liegla i odpowiada na pytanie, co jest najpiękniejsze, pytaniami: Czy najpiękniejsze było zwycięstwo w Pucharze Świata na skoczni Kulm? Czy to może były niespodziewane wyniki w Pucharze Kontynentalnym?
Czy to co najpiękniejsze, dopiero musi nadejść?

Kategorie: Sporty zimowe

0 Komentarzy

Dodaj komentarz